Menu

Kulturą sycąc głód prawdziwego życia...

1200 recenzji i opisów filmów, 8 lat istnienia, niezmiennie szczere opinie

Senna mara ginie we mgle niedoświadczenia

komet007

SaltoSalto (Polska, 1965) reż. T. Konwicki

Niestety - artystyczne niepowodzenie. Na papierze to ten utwór pewnie wyglądał całkiem nieźle, a być może nawet i jeszcze lepiej. Jednak zabrakło błyskotliwej myśli reżyserskiej przy przenoszeniu słowa na ekran. Głównym bohaterem i niejako osią fabuły jest dziwaczna postać grana przez Zbigniewa Cybulskiego (który znów ma scenę, a nawet dwie, niebezpiecznych kontaktów z pociągami). Wiemy, że jest to człowiek bardzo naznaczony psychicznie przez wojnę - cały czas ma wizje, że przychodzi oddział wykonać na nim wyrok. Najwyraźniej też nie może on się odnaleźć w powojennej rzeczywistości. Ciągle ucieka, wydaje mu się, że go gonią „źli" ludzie, spotkanym ludziom podaje różne nazwiska. Właściwie nie wiadomo kim jest: współczesnym romantykiem, artystą, uzdrowicielem, kimś na kształt proroka, czy też zapowiedzią hippisa. W dziwacznej wsi, gdzie rzekomo niegdyś mieszkał, spotyka się z ludźmi i uwodzi córkę gospodarza [młodzieńcza Marta Lipińska]. Samo miejsce jest też co najmniej alegoryczne - miejscowość podobno została wymazana z map, bo pod nią leżą złoża uranu. Mieszkają tam dziwaczne postacie - niejako przekrój przez powojenne społeczeństwo: artysta/nauczyciel z kompleksami, wdowa po kawalerzyście, pijak uwodziciel, zakochane w sobie dziewczyny, człowiek podobny do sławnego aktora - a może to jest ten aktor, tyle że o tym nie pamięta. Wszyscy na swój sposób niosą brzemię wojenne, zmagają się z zastaną, nie do końca zrozumiałą i pełną niepewności o jutro teraźniejszością. Całość wydaje się być sennym koszmarem - główny bohater snuje jakieś opowieści dziwnej treści, logika wydarzeń jest mocno zaburzona, kolejni ludzie pojawiają się jak zjawy, kulminacją jest wcale nie zabawna impreza z okazji jakiejś rocznicy. Niestety - wszystko to sprawia wrażenie przerostu formy nad treścią. Bardzo trudno zrozumieć głównego bohatera - miota się i kompletnie nie wiadomo o co mu chodzi. Dobrze, że twórcy postanowili go choć ostatecznie zdyskredytować. Przynajmniej daje się go jakoś „osadzić" w rzeczywistości. Całość byłaby naprawdę trudna do zniesienia i nieznośnie teatralna, gdyby nie gra aktorska. Obsada jest faktycznie znakomita, ale to nie wszystko - wydaje się, że przynajmniej aktorzy mniej więcej rozumieli zamysł scenariusza. W efekcie tworzą intrygujące kreacje, które w jakimś sensie są uniwersalne i dziś. Szkoda tylko, że to co dane było aktorom, nie stało się udziałem widzów, przynajmniej obecnie.
Ten film można rozumieć jako rodzimą i autorską próbę odpowiedzi na „Osiem i pół" Felliniego i w jakimś sensie nawiązania do „Wesela" Wyspiańskiego. Szkoda tylko, że wyszła z tego odrobinę niezrozumiała fantasmagoria, do obejrzenia tylko jako ciekawostka dla najbardziej zainteresowanych rozwojem naszego kina i literatury.

© Kulturą sycąc głód prawdziwego życia...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci