Menu

Kulturą sycąc głód prawdziwego życia...

1200 recenzji i opisów filmów, 8 lat istnienia, niezmiennie szczere opinie

Godnie podstarzały Indiana i zadziwiająco czerstwy film

komet007

Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal SkullIndiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull [Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki] (USA, 2008) reż. Steven Spielberg

To był najbardziej oczekiwany film roku, a może i dekady. Już od jakiegoś czasu pojawiały się informacje, że Spielberg i Lucas czytają kolejny scenariusz i już za chwilę zaczynają zdjęcia. Ale trzeba było poczekać na przywrócenie do życia innych herosów lat 80: Johna McClane'a i Johna Rambo, aby w końcu doszło do reaktywacji Indiany Jonesa. Niestety - podobnie jak u wspomnianych bohaterów - także w przypadku słynnego archeologa nie była to decyzja najszczęśliwsza. Zacznijmy jednak od tego co dobre. Najlepiej upływ czasu zniósł Indiana [a co za tym idzie Harrison Ford]. Nadal ma te zawadiacki błysk w oku i świetnie wygląda w swoim kapeluszu. Wszystko pozostałe wydaje się sztuczne i robione na siłę. Scenariusz nigdy nie był mocno stroną przygód Jonesa, ale w tym wypadku mamy do czynienia ze zwykłym przepychaniem postaci z punktu A do B, czasem z idiotycznych powodów i bez sensownie określonej ramy dla całości. Tych wydarzeń jest w dodatku tyle, że nie jesteśmy w stanie się dobrze przyjrzeć jednym, a już nadciągają następne „atrakcje". Osadzenie w latach 50 wykonano przyzwoicie, ale niekiedy bardzo sztampowo. Mutt oczywiście musi nawiązywać do Marlona Brando w „Wild [Dziki]", wedle ówczesnych przekonań Rosjanie bez problemu infiltrują nawet najbardziej tajne zakątki USA, Indiana jest rzecz jasna przeciwnikiem polowań na komunistów itd. Przykro się też patrzy jak zgromadzony w początkowej scenie całkiem niezły potencjał zostaje z czasem rozmieniony na drobne. Najlepiej to widać na przykładzie postaci Iriny Spalko [w świetniej interpretacji Cate Blanchett] - z początku jest to przeciwnik godny Indiany, ale wraz z upływem „taśmy", coraz bliżej jej do robota, a na sam koniec działania tej postaci są całkiem niezrozumiałe. Wszelkie pojedynki i pościgi, które były mocnymi punktami w każdej części, tutaj wypadają bardzo przeciętnie i sztucznie. Wydaje się to być wynikiem zbyt dużego nagromadzenia efektów komputerowych i nietrafionych zdjęć. Właśnie do działalności Janusza Kamińskiego mam najwięcej zastrzeżeń. Poprzednie części były bardzo fajnie uchwycone w obiektywie - było kolorowo i przejrzyście [czyli bardzo nawiązywano do estetyki komiksu]. Niestety Douglas Slocombe, który był odpowiedzialny za stronę wizualną klasycznego tryptyku już nie żyje i dlatego za kamerą stanął obecnie etatowy operator Spielberga. Ale mimo iż specjalnie analizowano pracę Slocombe'a i próbowano do niej nawiązać, to jednak efekt jest niezadowalający. Na pewno nie ma tu już komiksowego sztafażu, barwy są mniej żywe a sceny niekiedy wydają się być prześwietlone [podobny efekty uzyskano w „Minority Report [Raport mniejszości]"]. Do tego dochodzi dziwaczny montaż. Rozumiem, że niekiedy chciano specjalnie pokazać większy trud z jakim Indiana wykonuje zadania fizyczne i musiano go więcej pokazywać. Jednak niektóre ujęcia trwają zdecydowanie za długo - przez co powstaje wrażenie usilnego „pompowania" metrażu.
Wszystkie te argumenty przemawiają za określeniem tego filmu jako rozczarowanie. Dla mnie to znajduje się on nieco niżej niż cześć druga. Tam dominował infantylizm, tu sztampa i brak finezji aż się wylewa z ekranu. Ale w „Świątyni przeznaczenia" były choć fajne i realistycznie wyglądające efekty specjalne, a w „Królestwie kryształowej Czaszki" zdecydowanie jest za dużo sztucznie wyglądających efektów z komputera. A stąd już niedaleko jest do poziomu podróbek w typie „Mumii 3". Dobrze, że można wrócić do „Poszukiwaczy zaginionej Arki" albo do „Ostatniej krucjaty".

© Kulturą sycąc głód prawdziwego życia...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci