Menu

Kulturą sycąc głód prawdziwego życia...

1200 recenzji i opisów filmów, 8 lat istnienia, niezmiennie szczere opinie

Genesis - mój przewodnik po dyskografii cz.2

komet007

Pod koniec lat 70. zmieniał się skład zespołu, zmieniały się czasy, zmieniała się muzyka wokół. Muzyka Genesis także uległa przemianie. Do lamusa odłożono długie formy, pojawiły się przeboje i popularność. Starzy, ci bardziej dogmatyczni fani się odwrócili, ale zespół zdobył o wiele więcej nowych. Po przesłuchaniu dokonań grupy od 1978 roku przyszła mi zabawna myśl do głowy – otóż karierze i rozwojowi grupy najmocniej zaszkodziło nie „przejście” na pop, ale udane kariery solowe Collinsa i Rutheforda. Raz, że trudno nie porównywać dokonań Genesis z ich płytami indywidualnymi. Dwa – często można odnieść (nie wiem na ile prawdziwe, a jednak) wrażenie, iż panowie jednak stawiali na swoje nazwiska i na płyty Genesis trafiały jakby nieco słabsze utwory. Niemniej jednak – przez dobre dwie dekady panowie popełnili może mało solidnych płyt jako takich, ale za to sporo przebojów. I w jakimś sensie wyszli z tej próby obronną ręką. 


...And Then There Were Three...


...And Then There Were Three...


(1978)


4/10


I zostało ich trzech… Niby trzony zespołu, ale niewiele (a przynajmniej ta płyta) nie wskazywało, że miałoby im się udać. Już sam początek, czyli „Down And Out” to takie swoiste połączenie starego z nowym. Z jednej strony i długość i aranż wskazują, ze ten utwór należy do „starego” Genesis. A jednak jest tu coś nowego, bardziej dynamicznego, a może mniej lirycznego. Może to efekt braku gitary Hacetta. W sumie można uznać, że cała płyta to taki efekt szukania i kształtowania się nowego stylu, który stan użyteczności miał osiągnąć na kolejnych albumach.Całość wypada bardzo jednorodnie, mało który utwór się wyróżnia, mało który jest jakoś szczególnie urozmaicony. Jest tu rzecz jasna „Follow You Follow Me” czy nawet „Snowbound”, ale generalnie ta płyta to taka magma… A nawet niezaprzeczalny hit brzmi na tej całości jakoś tak blado i nieciekawie.


Duke



Duke


(1980)


5/10


Słychać, że zespół poszedł do przodu, nie ma niewykorzystanego miejsca na gitarę Hacetta. Wyraźnie słychać także, iż muzycy nie mieli zamkniętych uszu na to co działo się w koło. Zmieniło się brzmienie choćby organów, zmieniło się podejście do utworów. Pewnie nie było to bez wpływu Collinsa, który po latach twierdził, że właśnie od tego albumu na poważnie zaangażował się w twórczość na rzecz zespołu (sic!). Spory przebój z płyt czyli "Misunderstanding" to ładniusia pioseneczka we wczesno collinsowskim stylu. O wiele lepiej wypada żywiołowa (i przypominana po latach) "Turn It On Again". Zresztą równie dynamiczny i mocny jest początek płyty, a więc zespołowa kompozycja "Behind the Lines". A jak ktoś chce jeszcze odrobinę posłuchać Genesis w starym stylu to może sobie puścić "Duke's Travels", gdzie pojawiają się stare koncepty w nieco unowocześnionej aranżacji.Całość porywa umiarkowanie, słychać jednak wyraźnie, że zespół idzie w jakimś konkretnym kierunku, a nie tylko produkuje mdłe utworki. 


Abacab



Abacab


(1981)


3/10


Otwieranie albumów mocnymi, dynamicznymi kompozycjami zespołowymi stało się najwyraźniej tradycją – i tak stało się tym razem. Utwór „Abacab” może do klasyków Genesis trudno zaliczyć, ale jest to jakaś – niestety nie potwierdzona dalszą częścią płyty – nadzieja, iż zespół jest w niezłej formie. „No Reply At All” to taki collinsowski w klimacie utwór, ciekawy a jednak jakoś w pamięci specjalnie nie zapada. Podobnie jak i dzieło Banksa: „Me And Sarah Jane” - trąci to coś banalnością, choć jakaś melodia się gdzieś tam kręci. „Dodo / Lurker” to utwór o mocnym początku i niejako ponowne otworzenie tego albumu. Motyw przewodni kręci się po głowie. Ale już następny „Who Dunnit?” jest tak pokręcony i połamany rytmicznie, że może wprawić w konsternację (acz to ponoć miała być parodia wykorzystania w muzyce scratchy). „Man On The Corner” to już Collins w czystej, niemal solowej postaci. Niestety brzmi to trochę jak odrzut z jego solowej płyty. „Like It Or Not” leci sobie mimo ucha – idealny wprost zapełniacz do radia.Płyta właściwie nijaka, jakby bez specjalnego ducha, a raczej na zasadzie wykorzystania schematów z poprzednich albumów. Na „Duke” była jakaś nadzieja, a tu to nawet nie stagnacja, ale krok w tył. Słabiutko.


Three Sides Live



Three Sides Live


(1982)


4/10


Poprzednie albumy dokumentujące występy Genesis łapały zespół w jakiś ciekawych momentach, stanowiły swoistego rodzaju podsumowanie. „Three Sides Live” trudno nazwać takim określeniem. Choć na upartego można by dołożyć tu łatkę – zespół podczas transformacji. Stare numery zostały skumulowane w „składankę”. W nowych trudno doszukiwać się superprzebojów. Jak ktoś chce zrobić szybkie spojrzenie na Genesis 78-82 to ma tu taką szansę. Ale to co słychać jakoś specjalnie nie porywa. Na po-koncertowy deser czyli na analogowej „czwartej” stronie w wersji amerykańskiej i częściowo europejskiej znalazły się utwory nagrane w studiu. Niestety nie są to jakieś ukryte perełki, a raczej wygrzebane z głębokich szuflad bezbarwne albo mocno wtórne remanenty.


Genesis



Genesis


(1983)


6/10


Pierwsze cztery utwory tej płyty (a więc w wersji analogowej strona A) to jazda najżywszej klasy. "Mama", "That's All", "Home by the Sea" i "Second Home by the Sea" świetnie brzmią, porywają, są zarówno przebojowe jak i klimatyczne. Najwyraźniej jednak sił i środków starczyło panom tylko na jedną stronę czarnego krążka. Druga razi banałem i nijakością. Utwory dosłownie przelatują przez uszy, słychać wyraźnie, że to piosenki niemal zapasowe. Trochę nawet tej płyty szkoda, bo to mogła być całkiem dobra pozycja w dorobku grupy. A tak możemy mówić tylko o przyzwoitej jednej stronie. Fakt, że te utwory zapisały się w historii Genesis złotymi zgłoskami, ale jako całość „Genesis” wypada bardzo nierówno.


Invisible Touch



Invisible Touch


(1986)


8/10


I mamy tu powtórzenie sytuacji z poprzedniej płyty. Pierwsze cztery utwory (a więc znów strona A w wydaniu analogowym) to po prostu lista przebojów. Skoczne i dynamiczne  "Invisible Touch" i "Land of Confusion", spokojne i klimatyczne "Tonight, Tonight, Tonight", "In Too Deep"  po prostu były/są hitami – czy się to komuś podoba czy nie. Można się nieco zżymać, że w przypadku dwóch wymienionych w pierwszej kolejności mamy do czynienia z piosenkami banalnymi. Ale życzyłbym każdemu wykonawcy TAK banalnych i jednocześnie nośnych utworów. Z niepokojem natomiast oczekiwałem strony drugiej. I niestety "Anything She Does" nie dość, że słabiutki to jeszcze dzięki refrenowi to jeszcze jakoś tak przypominał mi dokonanie Police pod podobnym tytułem. Jednak następne „Domino” już jakoś dało nadzieję. Nie jest to może najbardziej udany utwór Genesis, ale coś tam tchnie klimatem, a Collins z pasją podaje tekst. Jeszcze lepsze wrażenie robi "Throwing It All Away". Znów ktoś bardziej wybredny mógłby sarkać, że to przecież taka balladka spod znaku Collinsa. No może i tak, a jednak wpada w ucho i ma swój klimat. "The Brazilian" to już tylko ciekawy (bo instrumentalny), ale tylko dodatek. Generalnie więc Genesis odrobił lekcje po poprzedniej płycie. „Invisible Touch” nie dość, że jest pełne przebojów, to jest w miarę wyrównane, sensownie mknie do przodu. To już jest „nowy” Genesis w pełnej krasie i pewny siebie, choć nie da się ukryć, że zdominowany przez collinsowską melodykę.


We Can't Dance



We Can't Dance


(1991)


9/10


Nie będę ukrywał, że dla mnie ten album stanowi źródło nostalgii. Ot kołatało się po radiach i telewizjach mnóstwo przebojów to jako bardzo młody człowiek nabyłem kasetę z tymi nagraniami. I może z racji tego trochę brak mi dystansu. Ale słuchając tej płyty po latach trudno mi się oprzeć wrażeniu, że to jednak jest swoista koronacja Genesis jako trio. Solowe kariery Collinsa i Rutheforda nieco się zatrzymały, panowie mieli jakby więcej czasu i ochoty popracować nad wspólnym repertuarem (a nie jak w poprzednich latach wrzucać tam jakieś niedoróbki). Efekt jest po prostu świetny. Podobnie jak na dwóch poprzednich albumach początek zrywa czapki z głów. "No Son of Mine", "Jesus He Knows Me", może trochę mniej oczywiste, ale nie mniej klimatyczne "Driving The Last Spike" oraz "I Can't Dance" to hiciory czystej wody. Jest w nich i dynamika, i żart, ale też i przenikliwe spojrzenie na świat.Utwory „drugiego frontu” także prezentują się nad wyraz przyzwoicie. Co prawda "Never a Time" trudno jest posądzić o specjalną oryginalność, ale ma swój klimat. Podobnie zresztą jak "Dreaming While You Sleep" z fajnym riffem klawiszy (no dobra, może ten utwór troszkę trąci Dire Straits, ale bez przesady), czy "Living Forever". "Tell Me Why", "Hold on My Heart" czy "Since I Lost You" troszkę przypominają collinsowskie przeboje (w przypadku "Tell Me Why"  to i w muzyce i w tekście są skojarzenia z „Another Day in Paradise”), a jednak potrafią się samodzielnie obronić. Lekkim powtórzeniem wydaje się tylko końcowe "Fading Lights".Ta płyta mocniej niż „Invisible Touch” pokazała, że Genesis jako trio potrafi tworzyć fajny i przebojowy, a jednocześnie bardzo daleki od banału pop, że naprawdę nie są potrzebne usilne poszukiwania dawnych brzmień, granie jakiś na siłę rozbudowanych struktur. Szkoda tylko, że – jak się miało okazać – owa koronacja to także łabędzi śpiew tego składu i w jakimś sensie Genesis w ogóle.


The Way We Walk, Vol. 1 i 2



The Way We Walk, Vol. 1 i 2


(1992 i 1993)


7/10


Ciekawa relacja z trasy po  „We Can't Dance” (choć z niewyjaśnionych przyczyn zostaliśmy także uraczeni bodaj trzema utworami z trasy z 1987 roku) w dziwacznym podziale na numery krótsze i dłuższe. Właściwie gdyby nie ten zastanawiający ruch, byłaby to rewelacyjna płyta „Greatest Hits” (no może poza "Fading Lights"). Wszak z samych hitów składały się te dwie trasy Genesis z przełomu lat 80 i 90 (a szczególnie ta ostatnia z 2007 roku). Zespół już miał taki kapitał przebojów, że nie musiał zapychać czasu jakimiś drugorzędnymi utworami. I oczywiście mam tu na myśli hity z nowej ery, bo te stare trafiły do dynamicznie brzmiącej składanki. Różnicy między utworami z poprzedniej o dokumentowanej nie ma, wszystko zagrane bardzo dobrze, z biglem. Aż by się chciało być na takim koncercie.


Calling All Stations



Calling All Stations


(1997)


4/10


Naprawdę nie wiem po co powstała ta płyta. Może Banks i Rutheford próbowali za wszelką cenę udowodnić Collinsowi, że nadal potrafią robić (a co więcej sprzedawać) muzykę pod szyldem Genesis, nawet jako duet… czy może nieco rozszerzony duet. Niestety nie wyszło. O ile późne wydawnictwa Genesis w trio były mocno naznaczone stylistyką Collinsa, tak Banks i Rutheford nie mieli tu właściwie nic ciekawego do zaproponowania, nie mówiąc już o zdyskontowaniu poprzednich dokonań. Cała płyta pełna jest grzmiących plam klawiszowych i miękkich brzmień gitary, że o nijakim głosie Wilsona nie wspomnę. Z tej magmy wyłania się tylko kilka utworów i to nie zawsze w sensie pozytywnym. Jest "Congo" z pełnym rozmachu refrenem, jest śmieszno-rozmarzone "Alien Afternoon" (jakby trochę echo Stinga). Całkiem zadowalająco, choć trudno tu mówić o jakiejkolwiek odkrywczości, brzmi "Not About Us" – ot taki przebój skrojony na miarę przeciętnego radia. Z gitarowo-syntezatorowych plam wyróżnia się trochę "Small Talk" (choć i tam w refrenach Banks pociągnął po swojemu). "There Must Be Some Other Way" to jakby powtórzenie z "Congo". Wcale się nie dziwię, że ta płyta miała tak kiepskie recenzje i że promujące je tournée było niewypałem (z racji braku zainteresowania odwołano koncerty w Stanach). Magia nazwy Genesis nie może działać wiecznie i to co mogło się udać po odejściu Gabriela, nie udało się dobre 20 lat później. Zresztą o ile w latach 70. zespół musiał się zmienić i dostosować do nowych (albo za chwilę nadchodzących) czasów, tak obecnie nikt nie oczekiwał od nich nic więcej jak przebojów i chyba najwyraźniej Collinsa na wokalu.


Live Over Europe



Live Over Europe


(2007)


6/10


Można śmiało powiedzieć, że to podzwonne. Banks i Rutheford ukorzyli się i pogodzili z Collinsem po wpadce z „Calling All Stations”. No i zorganizowano dożynki dla fanów, bo inaczej tej trasy nazwać nie można (nie wydano nawet nowego materiału, który mógłby sugerować chęć promocji). W przypadku płyty nie silono się na (w jakimś sensie kuriozalny) podział na utwory dłuższe i krótsze. Mamy za to zestaw koncertowy złożony z utworów wykonywanych w różnych miastach. Ale choć mamy do czynienia ze składanką, to wrażenie jest jakbyśmy słuchali jednego wykonu. Co do chęci wydania pamiątki dla fanów – jestem w stanie zrozumieć, jednak ta płyta (może poza kilkoma utworami) jest powtórzeniem „The Way We Walk” i dlatego trudno mi ja oceniać jakoś wysoko. W jakimś sensie to dobre wprowadzenie dla młodzieży, która chciała by mieć jakieś wprowadzenie do twórczości Genesis z Collinsem na czele.

Genesis - mój przewodnik po dyskografii cz.1

komet007

Genesis to ciekawy przykład zespołu, który jako jeden z nielicznych miał okazję do udanej zmiany frontmana (co w sumie mało kiedy się udaje) oraz do udanego trwania w epoce artrocka lat 70., jak i szlachetnego popu późniejszych dekad.Choć nie mogę się określić jako wielki fan tego zespołu to zawsze jego dokonań słuchałem (i słucham) z przyjemnością i zainteresowaniem. W przeciwieństwie do wielu purystów nie miałem nigdy problemu z dwoistością stylistyczną jaką przez lata wypracował Genesis. Po prostu poznawałem ten band dwutorowo – mniej więcej w czasie gdy poznałem „Selling England by the Pound” pojawiło się też „We Can't Dance”. I w każdym wcieleniu jest coś ciekawego i zarazem niebanalnego.Choć jak przesłuchałem dyskografię Genesis dokładniej to okazało się, że najsłabszy okres przypadł na początek lat 80. (to czas, gdy rozwijały się solowe kariery poszczególnych muzyków – przede wszystkim Collinsa).Twórczość Genesis podzieliłem na dwa okresy – ten do odejścia Gabriela i Hacketa, oraz ten w którym Genesis stał się już tylko triem. I w jakim sensie jest to podział stylistyczny – wraz z Hackettem niejako z zespołu odeszła chęć do zabawy z dłuższymi formami.



From Genesis to Revelation



From Genesis to Revelation

(1969)

6/10



Na przekór opiniom krytyki, większości fanów i nawet samego zespołu – mnie się ten album podoba. Choć jestem w pełni świadom, że to nie jest Genesis, że to raczej muzyka której oczekiwał od zespołu producent. A jednak – na tle ówczesnej muzyki – całość nie wypadła źle. Może trochę kiczowato, może trochę mało oryginalnie, może nie ma w tym potencjału na wiekopomne dzieło. Mimo to cała ta płyta całkiem w porządku zniosła upływ czasu. Jest w tym wszystkim taki nerw, jest melodyjność. Sami muzycy podśmiewali się, że to piosenki pod Bee Gees, ale czy coś w tym złego? Swoją drogą ta płyta jest dowodem, że gdyby muzycy Genesis nie poszli w kierunku artrocka to mieliby całkiem spore szanse na zaistnienie w takim bardziej szlachetnym popie, i w jakimś sensie to zaprocentowało po latach 70.Jakkolwiek – ja do tej płyty co jakiś czas i z całkiem spora przyjemnością wracam. Choć jak już napisałem – ze świadomością, że nie jest to ten właściwy Genesis.

 

Trespass


Trespass

(1970)

6/10



Pierwszy utwór i już wiemy, że to jest muzyka Genesis, jakiej muzycy pragnęli i jaką miała być przez następne kilka lat. Oczywiście najważniejszy jest tu wielowątkowy „The Knife”: fajnie kontrastowy wobec poprzedzających go ballad, taki z nerwem znanym z pierwszej płyty. Można powiedzieć, że ten album to taki typowy przykład formowania się stylu. Muzycy już wiedzieli co chcą grać i osiągnąć, ale to jeszcze nie jest szczyt ich możliwości. Acz na pewno nie mieli się czego tu wstydzić.

Nursery Cryme


Nursery Cryme

(1971)

6/10



Rozwoju ciąg dalszy. „The Musical Box” wydaje się być takim starszym bratem „The Knife”. Podobnie jak tam jest to kompozycja złożona z kilku elementów/melodii, ale tym razem są one bardziej skontrastowane wobec siebie i przez to utwór osiąga większy potencjał dramaturgiczny. Na szczęście na tym jednym utworze płyta się nie kończy. „The Return of the Giant Hogweed’ ma świetny motyw organowy i taką drapieżność. Wydaje się, że zespól stał się taką dobrze naoliwioną maszyną, która doskonale wie jaki ma cel artystyczny do osiągnięcia.Całość wydaje się być lepsza pod względem poszczególnych utworów, a jednak wypada nieco bladziej jako płyta (w porównaniu do „Trespass”). Może dlatego, że poszczególne utwory nieco się powtarzają, może dlatego że część po prostu przelatuje między uszami i niewiele po nich zostaje… A może trzeba się mocniej, dużo mocniej wgryźć w ten album…

 

Foxtrot



Foxtrot

(1972)

9/10



To już poważne uderzenie artrockowe (czy też jak kto woli - rocka progresywnego) . „Watcher of the Skies” to po prostu świetny numer, ze świetnym riffem organowym. Podobnie jak i „Get 'Em Out by Friday”. W sumie może Genesis nie wymyślili tu nic nowego, ale za to doprowadzili do perfekcji to co już grali wcześniej. I właśnie dlatego widać postęp. Ale nawet w utworach słabszych, pobocznych takich jak „Time Table” czy „Horizon's” słuchać kunszt. Na poprzednich płytach te utwory tak sobie przelatywały przez uszy, a tu – choć słychać ich niższą kasę – i tak zwracają uwagę. Troszkę wtórny jest tu „Can-Utility and the Coastliners”, ale i tak robi niezłe wrażenie.  Oczywiście najważniejszy jest tu „Supper's Ready”. W tym numerze dopracowano to co szkicowano wcześniej – wielowątkowy utwór o różnych klimatach. Może nie wszystkie części są równie nośne, ale całość wciąga, momentami nawet hipnotyzuje. 

 

Live



Live

(1973)

8/10


Płyta wydana ku niezadowoleniu zespołu, a jednak po latach wydaje się być ciekawym podsumowaniem okresu „Trespass- Nursery Cryme- Foxtrot”. Mamy tu właściwie wszystkie najważniejsze utwory Genesis – poza „Supper's Ready” - zagrane bardzo przyzwoicie i z nerwem. Jak to w graniu na żywo – odpadło trochę subtelności, ale dzięki temu muzyka zyskała nieco zęba. Muzycy mieli trochę pretensji, że na krążku nie znalazły się zapowiedzi Gabriela (kiedy band stroił instrumenty, on robił wstępy do utworów). Mnie się jednak zdaje, że to w sumie nie był zły pomysł, bo za pierwszym wysłuchaniem te opowieści mogą być nawet śmieszne, ale nie za 10 czy 20. A tak mamy ekstrakt dobrej muzyki i takie swoiste the best of.

Selling England by the Pound



Selling England by the Pound

(1973)

10/10


Do tej płyty mam szczególnie osobisty stosunek, bo właściwie to od niej zaczynałem takie świadome słuchanie Genesis. Swoją drogą świetnie trafiłem. Już pierwszy utwór na płycie („Dancing With the Moonlit Knight”), a już mamy to co znamy z dotychczasowej twórczości Genesis, tyle że lepiej. Utwory bardziej rozbudowane przeplatają się z klimatycznymi („I Know What I Like (In Your Wardrobe)” z wokalizą Collinsa, „More Fool Me”). Punkt kulminacyjny to rzecz jasna rozbudowany „The Cinema Show”. Rzecz może nie rewolucyjna, a jednak warto tego ze wszech miar posłuchać. 


The Lamb Lies Down on Broadway



The Lamb Lies Down on Broadway

(1974)

6/10


Nie jest to zła płyta, ale na pewno nie jest to genialny album – jak twierdzą niektórzy znawcy i „znawcy”. Może i było to przedsięwzięcie ambitne i wysublimowane. Może… Przede wszystkim jednak całość jest za długa (po raz kolejny wychodzi moja niechęć do albumów dwupłytowych) i ewidentnie przenoszona. Nie ma w tym wszystkim iskry, żywiołowości, czadu. Są ładne melodyjki, niezłe zagrywki, ciekawe fragmenty. Czuć jednak zmęczenie całego zespołu. I naprawdę starałem się z tym albumem zaprzyjaźnić. Nic jednak nie pomagało: ani sesje z wydaniem studyjnym, ani wysłuchanie kilku bardzo dobrej jakości bootlegów z długaśnej (bodaj 140 koncertów) trasy promocyjnej. Nie dziwię się, że zaraz po odejściu Gabriela, w zestawie live pozostały chyba tylko 3 czy 4 utwory, po latach zredukowane właściwie do jednego („In the Cage”).


A Trick of the Tail



A Trick of the Tail

(1976)

9/10


Od pierwszych dźwięków tej płyty Genesis brzmi, jakby złapał oddech po długim nurkowaniu. Widać tak na ekipę podziałało odejście Gabriela. Album był nagrywany w podobny sposób jak poprzedni. Najpierw powstały podkłady, a w międzyczasie szukano zastępcy dla Gabriela. Zakończenie owych poszukiwań doskonale znamy – wokalistą został dotychczasowy perkusista. A jednak coś na samym albumie (poza oczywiście wokalizami) wyszło inaczej. „Dance on a Volcano” ze swoim piskliwym motywem jest po prostu fajne i dynamiczne. Może „Entangled” ma w sobie za dużo patosu, ale taki „Squonk” niesie kapelę do przodu i nadaje klimat jakim zespół będzie się charakteryzował przez kilka następnych lat. Natomiast „Robbery, Assault & Battery” to jakby miniaturka z przeszłości – w 6 minut grupa zagrała skróconą wersję swoich długaśnych utworów sprzed kilku lat. „A Trick of the Tail” jest bardzo beatlesowski w klimacie. „Los Endos” ładnie podsumowuje ten album. Jak na płytę ukazująca zespół po rozstaniu z – było nie było – liderem, to ten album wypada więcej niż dobrze. Z jednej strony podsumowuje to co już było, a z drugiej – wyznacza kierunki na przyszłość. I dobrze się tego słucha, choć ja do tego krążka nie wracam za często.


Wind & Wuthering



Wind & Wuthering

(1976)

5/10


Nic dwa razy się nie zdarza, więc mało kiedy udaje się wydać pod rząd dwa dobre albumy oparte na podobnej recepturze. „Wind & Wuthering„ powiela schemat poprzednika, ale z jakiś niewytłumaczalnych przyczyn utwory nie „niosą” równie udanie. Jeszcze pierwsza piosenka jest dynamiczna, ale sprawia wrażenie, że gdzieś (na poprzedniej płycie) to już słyszeliśmy. Podobne uczucie „wracających wspomnień” sprawia ostatni „Afterglow”. Intrygująco, choć może i nieco banalnie, wypada „Your Own Special Way” – napisany przez Rutherforda, a brzmi jakby pochodził z solowego albumu Collinsa. Niepotrzebne wydają się np. instrumentalne miniatury „Wot Gorilla?” czy „Unquiet Slumbers for the Sleepers...In...”.  „Blood on the Rooftops” może nieco irytować choćby nachalnym hiszpańskim klimatem i taką pompatycznością. Może poziom tego albumu to jakiś wyznacznik wewnętrznych napięć i tarć. W końcu po trasie go promującej odszedł Hackett. 


Seconds Out


Seconds Out

(1977)

8/10


Bardzo fajna płyta koncertowa. Przede wszystkim to dobra prezentacja tego co działo się podczas trasy po wydaniu „Wind & Wuthering” (z jednym małym wyjątkiem „Cinema Show” z poprzedniego tournée). Zespół grał utwory z różnych okresów, bogato przedstawiając także repertuar z czasów Gabriela. Najsłabiej – niestety – wypadają piosenki właśnie z ostatniej płyty. Ale nawet one wobec fajnie klimatycznie całości dobrze się wpasowują. Ta płyta jednocześnie jest dowodem na to jak świetnie w roli wokalisty odnalazł się Phil Collins. Z jednej strony jego tembr głosu jest podobny do Gabriela, a z drugiej – słychać wyraźnie, że nie śpiewa pod poprzednika.Podobnie jak w przypadku „Live”, tak i to wydawnictwo stało się swoistym podsumowaniem pewnego okresu w życiu zespołu. Chodzi o przekrojowy materiał, ale też jest to też ostatni album z udziałem Hacketta. Pamiętajmy, że to rok 1977 – rewolta muzyczna się rozpędza, a Genesis grzmi ze sceny trwające 24 minuty „Suppers Ready”. Mimo iż brzmi to fajnie, to jednak już nieco trąci myszką. Czasy za chwilę miały zmienić diametralnie, a Genesis w tercecie także miał przejść transformację w kierunku krótszych (i jak się okazało bardziej przebojowych) form.

Elton John - mój przewodnik po dyskografii cz.3 - od lat 90. do współczesności

komet007

Po dość słabych latach 80., lata 90. to w karierze Eltona Johna tylko niewielka poprawa formy. Zdarzały mu się dobre utwory, ale naprawdę dobry album trzeba było poczekać aż do 2001 roku. Elton nieco zwolnił tempo i jakby upaja się statusem klasyka. Co jakiś czas podkreśla, że nie musi już gonić za przebojami czy szczytami list i będzie nagrywał to co mu się podoba (co znalazło odzwierciedlenie w „The Union” z Leonem Russellem). Ale nie oszukujmy się – Elton pozostaje Eltonem i mimo może mniejszego natężenia przebojów wychodzących spod jego ręki, nadal potrafi nagrać dobry, klimatyczny album w swoim stylu.

The One

The One

(1992)

5/10

Początek: „Simple Life” i oczywista „The One” to mocna rzecz. I nawet nie przeszkadza aranż mocno pachnący latami 80. Niestety w trzeciej z rzędu piosence to właśnie on bierze górę. I jakby nie chciał odpuścić. W efekcie duet z Ericem Claptonem w „Runaway Train” jest całkiem zmarnowany. Potem jest już może nieco lepiej (choć nie za wiele), ale generalnie mało co wpada w ucho, tak jak na początku. 

Duets

Duets

(1993)

2/10

Początek, czyli „Teardrops (z k.d. lang)” nawet fajne. Szkoda tylko, że aranże za bardzo w latach 80. siedzą.  Ale już kolejne „When I Think About Love (I Think About You) (z P.M. Dawn)” w ogóle nie brzmi jak Elton. Właściwie nie wiadomo jak to brzmi. „The Power (z Little Richardem)” to właściwie ciąg dalszy poprzedniego utworu. „Shakey Ground (z Donem Henleyem)” też nie brzmi jak Elton (ani cokolwiek z jego uczestnictwem), choć całkiem fajnie buja. Całość brzmi, jakby ktoś to wyciągnął z zatęchłej w latach 80. piwnicy. Co gorsza – zestaw piosenek w większości to chyba jakieś odrzuty czy wykopki z najgłębszych szuflad. Ale już gwoździem do trumny tego albumu jest fakt, że Eltona właściwie tutaj nie ma – mało co go słychać, a już na pewno piosenki nie mają nic z klimatu jego twórczości. 

Made in England

Made in England

(1995)

6/10

Wobec żałosnego projektu „Duets” ta płyta brzmi jak orzeźwiający powiew od strony morza. Pierwsze trzy utwory to dosłownie miód na uszy, choć z nich najsłabiej wypadł tytułowy „Made in England”. Potem poziom nieco spada, ale od „Man” płyta wraca na właściwy trop. Nie jest to może jakoś szczególnie odkrywczy krążek, ale na pewno taki jaki by się chciało od Eltona otrzymać. Jest klimat, jest nostalgia. Nie ma natomiast wspomnienia tragicznych artystycznie lat 80.

The Big Picture

The Big Picture

(1997)

5/10

Kontynuacja klimatu „Made in England”, ale jakby nieco mniej przemyślana. W sumie mało który utwór zapada na poważnie w pamięć, a niektóre pamiętamy chyba nie w taki sposób jak by tego chciał autor. O ile „Something About The Way You Look Tonight” przypomina największe dokonania Eltona z lat 70., tak pełen ckliwości i patosu „Live Like Horses” może trochę męczyć. Mimo przebojowego potencjału. Nie jest to płyta zła, ale też i nie specjalnie dobra. 

Songs from the West Coast

Songs from the West Coast

(2001)

8/10

Nowy wiek najwyraźniej wpłynął całkiem pozytywnie na Eltona. Ta płyta ma dość spójny klimat, dobrą produkcję i po prostu przyjemnie się jej słucha. Po pierwszej piosence następuje może nieco spadek poziomu, ale już od „American Triangle” jest całkiem dobrze, a już „I Want Love” to świetny kawałek (zresztą okraszony bardzo ciekawym teledyskiem). Trochę szkoda, że nie wszedł on do kanonu Eltona. Podobnie zresztą jak równie nostalgiczny i w jakimś sensie ekshibicjonistyczny „This Train Don't Stop There Anymore” (z równie świetnym video). Dla wielbicieli nieco mniej nostalgicznych utworów jest choćby „The Wasteland”. Elton udowodnił tą płytą, że nie musi wymyślać prochu, ani gonić za aktualnymi modami. Wystarczy, że robi swoje, z dobrymi muzykami i producentem. I to działa.  

Peachtree Road

Peachtree Road

(2004)

4/10

Krok, albo i więcej, wstecz. Płyta bezbarwna i nijaka. Elton odwołał się do stylistyki muzyki amerykańskiej: country i soul. Jednak mimo profesjonalnej produkcji i „wszystkiego na miejscu” nie wyszło to przekonująco. Cała płyta dosłownie przeleciała mi między uszami. Naprawdę nie jestem w stanie wymienić ani jednego tytułu, który zrobił by na mnie jakieś – dobre, czy nawet złe - wrażenie. Że już o żadnym (albo bardzo niskim) potencjale przebojowym nie wspomnę. Bez wyrazu – podobnie jak okładka.



The Captain & the Kid

The Captain & the Kid

(2006)

6/10

Kontynuacje po latach w przypadku muzyki nie są aż tak groźne, jak w przypadku filmu, a jednak pomysł odwołania się do płyty „Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy” z 1975 roku wydaje się jakoś tak trochę karkołomny. Co prawda „The Captain & the Kid” nie jest albumem złym, ale do świetności wspomnianej płyty dość dużo jej brakuje – choćby pod względem spójności klimatu. Na pewno jednak ten krążek jest lepszy, bardziej wyrazisty, ciekawszy niż „Peachtree Road”. I niby stylistyka obu płyt jest dość podobna: country, soul, soft rock. Tu jednak wszystkie utwory są odrobinę bardziej wyraziste, pełniejsze. Choć nadal nie ma tu jakiś przebojowych pewniaków, to takie utwory jak: „Postcards from Richard Nixon”, „Just Like Noah's Ark”, „The Bridge” czy nawet tytułowy przyciągają ucho i uwagę.



The Union

The Union z Leonem Russellem

(2010)

6/10

Elton John na koncertach wielokrotnie podkreślał swoją atencję do (u nas właściwie nieznanego) Leona Russella. Wobec tego może dziwić, że do kooperacji dwóch artystów doszło w sumie tak późno. Być może był to wynik problemów z dogadaniem terminów, a może też i pewnej dojrzałości Eltona, który mniej więcej w tym czasie stwierdził, że nie musi już gonić za przebojami i chce nagrywać to co mu w duszy gra. Czy jednak ze współpracy dwóch dojrzałych już artystów wyniknęło coś interesującego? Umiarkowanie, choć ta płyta jest niewątpliwie ciekawa. Już od samego początku "If It Wasn't for Bad" daje niezły rozpęd albumowi, a "Hey Ahab" czy "There's No Tomorrow" wpadają w ucho. A jednak całość wydaje się strasznie zachowawcza. Jest to właściwie kwintesencja tego co Elton robił na kilku wcześniejszych albumach: sięganie do muzyki amerykańskiej w różnych odcieniach. Wydaje się, że obecność Russella nadała trochę głębi całości, ale na pewno nie spowodowała jakiś drastycznych zwrotów stylistycznych. Wszystko to ładniusie, ale ani się specjalnie nie wyróżnia, ani nie zostaje w pamięci.



Good Morning to the Night

Good Morning to the Night (Elton John vs Pnau)

(2012)

4/10

Taka tam ciekawostka. Młody i bliżej mi nieznany artysta wziął na warsztat wczesne utwory Eltona i je zremiksował wedle własnego uznania. Efekt jest ciekawy, jednak słychać wyraźnie, że konkretny pomysł na nową jakość był może w dwóch utworach. Resztę dorobiono chyba na zasadzie pójścia za ciosem i chęci stworzenia albumu, a nie tylko singla.Chylę czoła przed Pnau, że te nowe utwory są całkiem spójne, choć wykorzystywane są w nich fragmenty kilku piosenek. Jednak cały klimat mi nie do końca odpowiada, brakuje tu ewidentnie takiego pazura, żeby to zapadło jakoś mocniej w pamięć. Momentami to taka trochę ekwilibrystyczna, ale jednak muzyczka do windy.



The Diving Board

The Diving Board

(2013)

8/10

Naprawdę nie wiem czemu akurat ta płyta Eltona Johna zrobił na mnie aż takie wrażenie. Jak posłuchałem jej teraz z perspektywy wcześniejszych jego dokonań, to właściwie nie ma tu nic zaskakującego. Tak jak na kilku poprzednich krążkach, artysta odwołuje się tu do muzyki amerykańskiej. A jednak chyba za sprawą produkcji (mocno wysunięty na pierwszy plan głos i klawisze Eltona, skromne aranżacje w tle), a także ogólnego klimatu tych utworów, uważam, że to jeden z najlepszych krążków EJ. I takie zdanie miałem właściwie od pierwszego przesłuchania. Jedyny minus tej płyty to brak na niej utworów o jednoznacznym charakterze przebojowym. Ale tak jak w przypadku „Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy”, świetnie się tego słucha jako całości. Niespodziewana rewelacja.



Wonderful Crazy Night

Wonderful Crazy Night

(2016)

6/10

Generalnie nie jest to zły album. Ale czegoś – w porównaniu do “The Diving Board" – zabrakło. Choć zagrał tu podobnie skromny skład jak poprzednio, to produkcja wydaje się bardziej „kolorowa” (żeby nie powiedzieć „cukierkowa”), a klimat jest na pewno mniej spójny. Nadal brak takich hiciorów co by za gardło łapały od pierwszego przesłuchania. Do tego dochodzi okładka będąca zastanawiającym – nawet jak na standardy Eltona – bezguściem i kuriozum porównywalnym chyba tylko z „Caribou”. Efekt jest taki, że słucha się tego całkiem ok., ale w głowie właściwie nic nie zostaje.



Two Rooms - Celebrating The Songs Of Elton John & Bernie Taupin

Suplement

Two Rooms - Celebrating The Songs Of Elton John & Bernie Taupin

(1991)

Hołd duetowi autorskiemu złożyły niemal same muzyczne tuzy. Stare wygi wzięły na warsztat piosenki Eltona i wyszły im one jakby mieli je w swoim repertuarze od zawsze. Trudno tu uciec od wyliczanki: Eric Clapton - Border Song, The Who - Saturday Night's Alright For Fighting, The Beach Boys - Crocodile Rock, Joe Cocker - Sorry Seems To Be The Hardest Word, Tina Turner - The Bitch Is Back, Rod Stewart - Your Song, Phil Collins - Burn Down The Mission. Wykonanie „Tonight” George’a Michaela może za specjalnie od oryginału się nie różni, ale jak to zawsze u tego artysty – cieszy wysoka kultura wykonawcza. Ciekawie wypadło: “Philadelphia Freedom” w wykonaniu nieznanych mi Daryl Hall & John Oates czy „Sacrifice” z głosem jak zwykle niezawodnej Sinéad O'connor . Niby te utwory są w klimacie a jednak o wiele bardziej stonowane. Są oczywiście też i wtopy. Naprawdę nie wiem kto wpadł na pomysł „sprzedania” „Rocket Man” Kate Bush.



Elton John Live

Elton John Live - koncerty

Wraz z regularną dyskografią Eltona Johna miałem okazję zapoznać się z utrwalanymi przez lata na bootlegach koncertami artysty. I muszę przyznać, że nabrałem do tego artysty, jako wykonawcy koncertowego, nieco ambiwalentnego stosunku. Z jednej strony nie można mu odmówić wysokiej jakości owych wykonów. Zawsze wszystko zagrane było precyzyjnie i czysto. Nawet jak Elton miał problemy z głosem po operacji pod koniec lat 80, to i tak owe koncerty dało się spokojnie słuchać.Z drugiej jednak strony – właściwie przez cała swoją karierę Elton na scenie dosłownie odgrywał muzykę, którą świetnie znamy z płyt. Brzmi to trochę tak, jakby całą pomysłowość i kunszt twórczy zostawiał tylko do studia, a na scenie precyzyjnie odtwarzał to co już nagrał. Co więcej – Elton nie zaskakuje pod względem doboru repertuaru. Rozumiem, że każdy artysta chciałby mieć takich 40 żelaznych hiciorów, z których mógłby wybierać, ale u Eltona żelazny trzon koncertowy właściwie się nie zmienia. Jakieś tam zmiany nastąpiły po wspomnianym okresie przerwy związanej z operacją gardła. Trudno uznać to jednak za rewolucję.Wobec tego śmiesznie brzmi tytuł jednej z poprzednich tras, bodaj „Rocket Man – Greatets Hits Tour”, bo właściwie każda jego trasa to granie największych przebojów z okrasą kilku (zwykle góra trzech) nowych utworów. Co więcej nieco nowsze piosenki, które powinny wejść do kanonu („I Want Love” czy „This Train Don't Stop There Anymore” z albumu „Songs from the West Coast”), nie mają na to szans.Na tle zwykle perfekcyjnie zagranych, ale i nudnych wykonów, duże wrażenie robią (nie mniej precyzyjne) solowe występy Eltona. Wydaje się, że sam artysta się wtedy jakoś tak bardziej stara, wszystko brzmi o wiele bardziej przekonująco i klimatycznie niż z grupą.Pewną ciekawostką i oddechem od niezwykle podobnych występów Eltona są jego koncerty z innymi artystami. Wydaje się, że właśnie takie okazje uwalniały go z „paraliżu” perfekcyjności i dawały okazję do najzwyklejszej zabawy muzyką. Może dokładnie tak nie jest w przypadku koncertu wydanego na „Here and There”, na którym pojawia się John Lennon (choć zagrane z jego towarzyszeniem utwory są perełkami na tym albumie). Później jednak pewnych ciekawostek można posłuchać na koncertach wspólnych z Billym Joelem czy choćby na koncercie promującym album „The Union” z Leonem Russellem. Kilka nowych utworów czy nowy aranż i już całości słucha się nieco inaczej niż 576 show zagranego świetnie, ale właściwie tak samo brzmiącego i z bardzo podobnych zestawem utworów.

Elton John - mój przewodnik po dyskografii cz.2 – lata 80.

komet007

Wielu artystów, którzy w latach 70. odnosili sukcesy, miało spore problemy z rozwojem kariery w latach 80. Zmieniały się stylistyki, instrumentarium, a przede wszystkim oczekiwania odbiorców. W przypadku Eltona i jego dokonań studyjnych możemy jednak śmiało mówić o zapaści. Co prawda zdarzały mu się jeszcze pojedyncze przeboje, ale płyty jako takie były po prostu w większości słabiutkie albo co najwyżej mocno nijakie. Z 10 krążków, dobry jest jeden, a dwa zadowalające. Reszta przepada w mrokach niepamięci.

 

21 at 33

 

21 at 33

 

(1980)

 

4/10

 

Następca bardzo słabego „Victim of Love” okazał się nieznacznie lepszy, ale to już wystarczyło aby mieć jakąś nadzieję. Na albumie nie znalazły się super przeboje, ani nawet „zwykłe” hity Eltona. Jest co prawda kilka utworów, które wybijają się ponad bolesną przeciętność (“Two Rooms at the End of the World”, “Never Gonna Fall in Love Again”, “Give Me the Love”’), ale ciężko powiedzieć aby wokół nich został zbudowany ten krążek. Generalnie jednak słucha się tego – mimo ewidentnych naleciałości syntezatorowych – bez bólu, choć i też bez specjalnej przyjemności.

 

The Fox

 

The Fox

 

(1981)

 

1/10

 

Dla mnie to jedna z najgorszych, o ile nie najgorsza płyta Eltona w całej jego dyskografii. I choć na tle poprzednich krążków nie wypada może aż tak tragicznie, tak właściwie nie ma się tu o co (może poza utworem „Chloe”) uchem zaczepić. Artysta coś kombinował, coś klecił, coś się szamotał, ale nic z tego nie wychodzi. Nawet wspomniana „Chloe” sprawia wrażenie nieudanej kopii czegoś o wiele lepszego i w normalnym przypadku powinna się znaleźć na kompilacji z odrzutami z sesji (i w sumie takie jest pochodzenie aż 5 piosenek na tym albumie). Elton później okazjonalnie wracał do jakiś motywów z tego albumu (choćby do np. „Carla/Etude”), ale nie oszukujmy się – trudno uznać ten krążek za choćby słaby. On jest po prostu zły.

 

Jump Up!

 

Jump Up!

 

(1982)

 

4/10

 

Jak to mawia stare porzekadło: na bezrybiu i rak ryba. Po żałosnym „The Fox”, ten album dawał – po raz kolejny - jakąś nadzieję. W końcu znalazł się tu przebój: „Blue Eyes". Co prawda nie jest to jakoś specjalnie oryginalne (jawne nawiązanie do rzewnych piosenek śpiewanych przez choćby Elvisa), ale jakoś zapada w pamięć i ma w sobie tę odrobinę charyzmy wykonawczej jaką niewątpliwie (nadal) posiada Elton. Co więcej – czuć, że ten album został stworzony jako pożegnanie z Johnem Lennonem. Artysta zwraca się do swojego kolegi wprost i łatwo tu dosłownie usłyszeć żałość (a może i szok) związaną z niespodziewaną śmiercią byłego muzyka The Beatles. Nie jest to może album do którego bym wracał, ale na pewno nie jest to pozycja jaką bym zaliczył do kategorii straszliwych wpadek.

 

Too Low for Zero

 

Too Low for Zero

 

(1983)

 

7/10

 

Po kilku BARDZO słabych albumach, ten sprawia wrażenie nowego otwarcia. Jakby w Eltona wstąpiły nowe siły, nowy wigor. Ten album to nie tylko „ I'm Still Standing”, ale także niezwykle klimatyczne „Cold as Christmas (In the Middle of the Year)”, “Too Low for Zero” czy osobiste “Whipping Boy”. Przebojem była piosenka “Kiss the Bride”, ale mnie ona zalatuje zbytnim infantylizmem. Całość jest dynamiczna, taka zdecydowanie do przodu. Słychać co prawda, że ta płyta została nagrana w latach 80., ale dzięki sprawnej produkcji plastykowe brzmienia tu i ówdzie nie przeszkadzają aż tak bardzo (i nie tak jak na wcześniejszych krążkach). To chyba jeden z najlepszych albumów Eltona z tej dekady.

 

Breaking Hearts

 

Breaking Hearts

 

(1984)

 

6/10

 

Elton poszedł siłą rozpędu, ale ta płyta już nie tak dobra jak poprzedniczka. Kilka utworów nadal trzyma poziom. Oprócz najbardziej oczywistego hicioru „Sad Songs”, ciekawie wypadają też: „Passengers”, „Burning Buildings” czy „Did He Shoot Her?”. Cóż jednak z tego, skoro reszta stanowi już tylko mało wyszukane tło. Szkoda.

 

Ice on Fire

 

Ice on Fire

 

(1985)

 

4/10

 

W kierunku melancholii i przesłodzonych ballad. Największy przebój z tego krążka, czyli „Nikita” jeszcze jakoś trzyma poziom. Choć trudno ten utwór posądzać o jakąś specjalną oryginalność. Bardziej jednak szkoda, że reszta płyty nie jest w stanie utrzymać nawet przeciętnego poziomu. Są jakieś próby szarpania (choćby „Wrap Her Up” czy „This Town”), ale generalnie płyta przelatuje „przez uszy”, pozostawiając w pamięci mocno ulotny balladowo-nijaki-jużgdzieśtosłyszeliśmy klimat.

 

Leather Jackets

 

Leather Jackets

 

(1986)

 

3/10

 

Słabiuśka zapowiedź tego co Elton miał dopiero doprowadzić do perfekcji w późniejszych latach. Takie „Hoop Of Fire” czy „Gypsy Heart”, „Memory of Love” to takie szkicowniki do ckliwych ballad z cyklu “The One” czy Sacrifice”. Ograny na koncertach „Paris” nieco się wybija ponad przeciętność, ale w konkurencji z dobrymi utworami artysty wypada BARDZO blado. „Heartache All Over the World” już w ogóle zalatuje nieudaną podróbką „Island Girl”. Swoją drogą zastanawia okładka i tytuł tego wydawnictwa. To miał być jakiś żart? Jakiś personalny gag? Po latach wydaje się to nie mniej żenujące, niż poziom całej tej płyty…

 

Reg Strikes Back

 

Reg Strikes Back

 

(1988)

 

4/10

 

Elton chciał zrobić comeback po operacji strun głosowych w Australii. Niestety zamiast całego dobrego albumu wyszła tylko jedna perełka: „I Don't Wanna Go On With You Like That”. Jeszcze jakoś się broni ckliwe „A Word in Spanish”, może trochę tez żartobliwe „Poor Cow”. Reszta jednak gdzieś przelatuje między uszami. Szkoda, bo potencjał niektórych utworów był na pewno większy. 

 

Sleeping With the Past

 

Sleeping With the Past

 

(1989)

 

6/10

 

Niezaprzeczalnym strzałem w 10 jest tu „Sacrifice”. Ciekawe jednak, że dzięki ładnej produkcji i jakiemuś takiemu dystansowi, ta piosenka właściwie się tu nie za specjalnie wyróżnia (co jest oczywiście na plus tego albumu). Płyta w założeniu (przynajmniej jak donosi Wikipedia) miała być hołdem dla soulu i muzyki z lat 50-60. I te odwołania tu niewątpliwie słychać, acz delikatnie i nienachalnie. Jak na lata 80. to ten album jest całkiem przyzwoity i stanowi taki ładny punkt wyjścia do odbudowania kariery Eltona.

Elton John - mój przewodnik po dyskografii cz.1 – lata 70.

komet007

W naszym kochającym rocka i disco polo kraju, Elton John jako przedstawiciel wysoko jakościowego popu (czy jak kto woli soft rocka) nie jest specjalnie poważany. Dla mnie jednak to ciekawy artysta i dlatego postanowiłem zmierzyć się z dokonaniami tegoż wykonawcy i wznieść się ponad poziom „Greatest Hits” (które to na początek polecam każdemu słuchaczowi).

Lata 70. to zdecydowanie złota era w karierze Eltona Johna. Można śmiało uznać, że był wtedy gwiazdą pierwszej wielkości. To wtedy zdefiniował swój styl i skomponował największe przeboje, które w niewielkim tylko stopniu się zestarzały. Niestety jednak, o ile Elton szybko wspiął się na muzyczny Olimp, tak jego droga w dół trwała o wiele dłużej i prowadziła w naprawdę niskie rejony artystyczne.



Empty Sky


Empty Sky

(1969)

5/10


Pierwsza płyta Eltona Johna zaskakuje. Nie jest to może debiut ścinający z nóg, jak u The Doors czy Led Zeppelin . A jednak mamy tu już cały wachlarz brzmień i zagrywek, które pokazują iż artysta na swoim debiucie dobrze wiedział w jakim kierunku chce iść. Nie ma tu – co prawda – takich ewidentnych hitów, całość jest lekko nierówna, ale słucha się tego z całkiem sporą przyjemnością. Dobry wstęp do rozwoju kariery.



Elton John

Elton John

(1970)

6/10


Płyta wydana dość szybko po pierwszej. I jest niejako jej rozwinięciem, choć nadal nierównym jak i debiut. Klimat ładnie ustawia już wstępniak „Your Song” (który wszedł do żelaznego repertuaru artysty). Dalej jest i dynamicznie („Take Me to the Pilot”), i pompatycznie choć na poziomie („The Greatest Discovery”). Słychać, że Elton czuł się w studiu już pewniej. Śmielej też tworzył utwory, zdradzające cechy przebojów. Podobnie jak debiutu – słucha się tego dobrze, coś zapada w pamięć, jednak całość jeszcze nie porywa tak jak by mogła.



Tumbleweed Connection


Tumbleweed Connection

(1970)

5/10


Delikatny krok w tył. Nie ma tu stricte przebojów. Jest natomiast zwrot w stronę stylistyki country. Nie jest to taki hard, a bardzo delikatne, nie mniej wyraźne nawiązanie. I to nie tylko w „Country Comfort”. Dla mnie ta płyta jakoś tak przemknęła bez specjalnego echa. Nie jest zła, ale w pamięci też nie zapada.

Madman Across the Water

Madman Across the Water

(1971)

7/10


Początek trendu wzrostowego. Niby jest tu to samo co na poprzednich albumach (trochę patosu ze smykami, utwory podobnie skonstruowane) a jednak coś się zmieniło. I to niewątpliwie na plus. Ja bym stawiał na produkcję i nastawienie samego Eltona. Wszystko bowiem wydaje się tu takie bardziej do przodu, zdecydowane, odważniejsze, przekonujące. Już pierwszy utwór „Tiny Dancer” wprowadza świetny nastrój i opisuje ciekawą postać/historię (jak ktoś nie wierzy niech sobie obejrzy scenę z tą piosenka z filmu „Almost Famous (U progu sławy)”). W głowie na dłużej pozostaje także „Levon” czy choćby utwór tytułowy. Elton złapał niewątpliwie wiatr w żagle.


Honky Chateau


Honky Château

(1972)

10/10


Zmian „na lepsze” ciąg dalszy. Elton zrezygnował z instrumentów smyczkowych i poszedł bardziej w kierunku rocka. W sumie z zyskiem dla wszystkich. Choć początkowy „Honky Cat” nie należy do moich ulubionych utworów, tak im dalej tym jest lepiej. „I Think I'm Gonna Kill Myself” pod płaszczykiem radosnej melodii rodem z wodewilu (jakby echa „When I'm Sixty-Four” The Beatles) przemyca mało radosny tekst. Epicentrum albumu jest – rzecz jasna – „Rocket Man”, który do dziś wcale się nie zestarzał. Ale i dalej jeszcze zapada w pamięć: „Slave” a nawet żartobliwy „Herkules”. Całości słucha się bardzo dobrze i nie czuć, że ta płyta ma już tyle lat na karku.


Don't Shoot Me I'm Only the Piano Player

Don't Shoot Me I'm Only the Piano Player

(1973)

8/10


Niekwestionowane osiągnięcie komercyjne Eltona – płyta wspięła się na pierwsze miejsca list przebojów w Wielkiej Brytanii i za oceanem. Mnie jednak przypadła do gustu nieco mniej niż poprzedniczka. I nie chodzi o zwiększenie ogólnej zawartości popu – co zarzucali mu współcześni. Na tej płycie pojawiło się mniej utworów wyrazistych, tworzących swój odrębny klimat. W efekcie te które jednak „wybiły się na niepodległość” wydają się być jeszcze bardziej odrębne. A niestety „Crocodile Rock” nie należy do moich faworytów. O wiele bardziej podoba mi się spojony „Daniel” czy mocno ironiczny „I'm Gonna Be a Teenage Idol”. Album nieidealny , ale i niebanalny.


Goodbye Yellow Brick Road


Goodbye Yellow Brick Road

(1973)

10/10


Kolejny złoty strzał Eltona – ten album, podobnie jak poprzednik, wylądował na pierwszych miejscach list przebojów w Stanach i w Wielkiej Brytanii. I właściwie trudno się dziwić. Jak w zestawie znalazły się takie utwory: „Candle in the Wind” (wtedy jeszcze dedykowany Marilyn Monroe), tytułowy, „Saturday Night's Alright for Fighting” czy nawet niespecjalnie przeze mnie lubiany (acz doceniam jego pomysłowość i odwołanie do pięknych złotych czasów) „Bennie and the Jets”, to czy mogło być inaczej. A jednak ten album stoi nie tylko ikonicznymi utworami, które weszły niemal na stałe do repertuaru Eltona. Ta płyta wydała mi się niezwykle bitelsowska w brzmieniu i różnorodności, a także wracaniu do korzeni rozrywki. A wszystko to jest – choć różnorodne – ma znak firmowy Eltona i nie wydaje się być zbędne albo przypadkowe.


Caribou


Caribou

(1974)

6/10


I choć ten album powtórzył sukces poprzedników, choć został teoretycznie skonstruowany wedle tej samej receptury, to jednak jest tylko cieniem trzech wcześniejszych płyt. Niby na samym początku otrzymujemy „The Bitch is Back” (to kolejny przebój Eltona, który nie jest moim faworytem), ale potem zaczyna się plaża. Mamy bowiem do czynienia nie z porządnymi utworami, ale błyskotkami. Elton próbował różnych stylistyk, różnych melodii, a jednak znakomita większość tych piosenek jest słabiutka. Do dawnego poziomu dorównuje bezsprzecznie „Don't Let the Sun Go Down on Me” i następujący po nim „Ticking”. Tyle, że w wersji oryginalnej to była już końcówka płyty. I co bardziej zaskakujące – wersja z 1995 roku dała nam kilka bardzo fajnych utworów. Aż dziw, że one się nie znalazły na wersji podstawowej. Świetnie wykonane „Pinball Wizard” The Who to jakby dodatek, ale takie „Sick City” jest bardzo interesujące. Na minus zdecydowanie zapisuje się tragicznie koszmarna okładka.


Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy


Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy

(1975)

8/10


Pewna niespodzianka. Nie jest to bowiem typowa płyta Eltona. Tu mamy do czynienia z concept albumem, bez jakiś specjalnych przebojów. A jednak artysta broni się i to może nawet lepiej, niż niektórych wcześniejszych, bardziej komercyjnych, płytach. Całość bowiem ma świetny klimat, taką specyficzną jednorodność. Wszystko wydaje się tu być na swoim miejscu. Pewne utwory niejako pretendują do bycia „hitami” (grane przez Eltona na koncertach „Better Off Dead” czy „Someone Saved My Life Tonight”), ale znów nie „odrywają” się od reszty „peletonu”. Płyta pomyślana jako całość i tak też najlepiej się tego słucha.


Rock of the Westies

Rock of the Westies

(1975)

5/10


Po ciekawym „Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy”, Elton zupełnie jakby chciał szybciutko wrócić do kategorii: najbardziej przebojowy artysta swoich czasów. I choć „Rock of the Westies” zadebiutowało na pierwszym miejscu listy przebojów Billboard 200, to czuć tu ewidentny spadek formy. Najbardziej przebojowy utwór to oczywiście wesolutki „Island Girl”. Dla mnie jednak ta piosenka tchnie strasznym banałem. Na drugim singlu znalazł się „Grow Some Funk of Your Own”, który jest dość ciekawym utworem, ale jak na Eltona to raczej nietypowy. Reszta utworów mknie gdzieś w tle, jednak niewiele (o ile cokolwiek) zostaje w pamięci.



Blue Moves


Blue Moves

(1976)

4/10


Obniżenia lotów ciąg dalszy. Ten podwójny album to przede wszystkim utwory: „Tonight” i „Sorry Seems to Be the Hardest Word”. Tyle tylko, że ten drugi nie był piosenką specjalnie przygotowaną na album – powstał wcześniej i wykonywał go np. Frank Sinatra. Widać źródełko dobrych pomysłów jakby zaczynało wysychać i trzeba było sięgać do głębszych szuflad. W przypadku „Tonight”, to sam utwór jest całkiem ok, ale na płycie przeładowano go pompatyczną aranżacją. Warto posłuchać jak wypadał na koncertach. Niby są to dwa krążki, ale poza wymienionymi utworami ciekawie robi się dopiero w okolicach „Idol”, a więc blisko końca. Reszta jest z gatunku: „już to gdzieś słyszeliśmy”, tylko lepszej jakości i bardziej przekonujące. Każdy utwór wydaje się z innej parafii, część ma mocno przesadzone aranże. Naprawdę nie wiem czemu Elton John (przynajmniej wg Wikipedii) twierdził, że to „jeden z jego ulubionych albumów jakie kiedykolwiek nagrał”. Może miały na to wpływ jakieś wydarzenia z życia prywatnego; może fakt, że nagrania – jako pierwsze - powstawały w prywatnym studiu artysty Rocket Records Ltd. Jakkolwiek – Elton poczuł się najwyraźniej zmęczony i po trasie promocyjnej na parę chwil wycofał się z działalności estradowej.



A Single Man


A Single Man

(1978)

5/10


Parafrazując znane powiedzenie o upadkach i wzlotach, poszukiwania jednych są ciekawsze od szczęśliwych trafów innych. Tak właśnie jest w tym przypadku. Elton postanowił trochę odpocząć, zrezygnował na jakiś czas ze współpracy z Berniem Taupinem i na kolejny krążek po „Blue Moves” trzeba było czekać prawie dwa lata. Czy warto było – to rzecz względna. Jednym hitem jaki znalazł się na tym krążku jest „Song for Guy”. Mnie akurat ten utwór kojarzy się z początkową faza kariery artysty. Reszta utworów nie zdobyła dużej popularności – co nie oznacza, że nie miała na to szans. Bo choć nie ma tu może nic specjalnie odkrywczego, to poszczególne utwory sprawiają przyjemne wrażenie. Dużą różnicą wobec poprzedniego albumu jest produkcja. Co prawda – jak wcześniej - są tu różne style i gatunki, ale wiadomo co jest najważniejsze: artysta ze swoim głosem i fortepianem. I wydaje się, że Elton włożył w te utwory więcej uczucia czy też przekonania. Ale jak się miało okazać – było to raczej przejściowe.



Victim of Love

Victim of Love

(1979)

2/10


O czym może świadczyć, iż artysta który osiągnął sukces dzięki swoim autorskim dokonaniom, nagrywa na płytę „Johnny B. Goode” Chucka Berry’ego i to w tak kiepskim, niemrawym i płaskim wykonaniu? Raczej nie o szczycie twórczych możliwości. I cała ta płyta jest świadectwem kryzysu trapiącego Eltona oraz ulegnięcia modzie na plastikowe brzmienia syntezatorowe, które miały zdominować lata 80. Artysta chowa się tu za aranżacjami i (wówczas może i nowoczesnymi, ale brzmiącymi generalnie słabo) instrumentami. Niektóre utwory wydają się być swoimi kopiami (choćby „Warm Love in a Cold World” i „Born Bad”, czy początek „Thunder in the Night” i „Spotlight”). Na całe szczęście dla nas i dla artysty – płyta jest krótka i trwa tylko niecałe 36 minut.

© Kulturą sycąc głód prawdziwego życia...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci