1920 Bitwa Warszawska Polska, 2011 Reż. Jerzy Hoffman
Wydarzenia wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku obserwujemy z trzech perspektyw. Jan Krynicki wstępuje do wojska. Przypadkiem zostaje oskarżony o komunistyczną propagandę i ma zostać rozstrzelany. Egzekucję ubiegają Rosjanie, dla których Janek wydaje się być sprzymierzeńcem. W domu czeka na niego żona - Ola Raniewska. Zamiast tańczyć w teatrze zostaje pielęgniarką, a kiedy trzeba to i strzela z CKM-u. Marszałek Józef Piłsudski w swoim gabinecie kieruje wojskami.
Zwycięstwo Polaków nad bolszewikami w 1920 roku należy do niewielu chwalebnych wydarzeń w polskiej historii. Należało się więc spodziewać, że prędzej czy później stanie się ono kanwą filmu. Niestety – podobnie jak w przypadku innych podniosłych obrazów o ważnych dla nas epizodach (żeby wspomnieć tylko „Katyń”), tak i cud nad Wisłą nie miał za wiele szczęścia do ekranowego wcielenia. Wymienianie tego co w tym filmie jest sknocone przygnębia, bo to właściwie wszystko. Najdotkliwiej boli brak sensownego scenariusza. Przez pierwszą połowę filmu otrzymujemy połączenie „Przebojowej nocy – wydanie pieśni patriotyczne” z pokazem kawalerii. Natasza Urbańska śpiewa przyśpiewki okolicznościowe, a Szyc jedzie… Rozumiem, że pan Hoffman się naoglądał rozrywkowego programu w TVP, może nawet się nim zauroczył – ale nie da się tak prowadzić filmu. Przynajmniej nie wojennego. Na obronę możnaby jeszcze wyciągnąć „Cabaret” Boba Fosse’a, ale tam było zupełnie o czymś innym i w innej konwencji. Niemrawe próby wykorzystania modelu Kmicica nawet nie byłby takie straszne, gdyby nie fakt iż poza tym wątkiem (i zaśpiewami Urbańskiej) cała akcja rozpada się na ciąg jakiś mniej lub bardziej bzdurnych epizodów na czele z upiciem kapitana Kostrzewy. Do myślenia daje także klarowność przekazu. Najwięcej dowiadujemy się o metodyce i filozofii działania bolszewików. O Polakach mówi się niewiele, w ramach przypadkowych migawek, z których przebija bogoojczyźniany klimat. Konfrontacje wojsk są także dalece dyskusyjne. Przede wszystkim przez większość czasu nie wiadomo kto kogo gdzie atakuje. Widzimy tylko dwie „masy” żołnierzy krzyczących „urraaa”. W jakim miejscu decydujące bitwy się rozgrywały, kiedy i kto gdzie był – tego nie wiemy. Nie mówię, że to musiała być telewizja edukacyjna z animacjami, ale trochę jasności choćby w tek kwestii by się zdało. W usta bohaterów powkładano takie idiotyzmy, że momentami aż trudno wytrzymać (vide scena pożegnania Oli i Janka, albo truizmy wygłaszane przez Piłsudzkiego). I znów najlepsze kwestie otrzymał bolszewicki czekista. Słabowity scenariusz został słabowicie zrealizowany. Niby starano się zachować realia, dobrać odpowiednie kostiumy i broń, jakieś tam efekty specjalne kiedy niemal z każdego kadru przebija mizeria budżetowa. Najbardziej boli brak znacznej liczby szerokich planów z dużą ilością statystów. Większość wydarzeń, w których powinniśmy zobaczyć tłumy, jest filmowana w ciasnych kadrach. A gdy tylko kamera choć na ułamek sekundy poodnosi się nieco wyżej – od razu widać, że za pierwszym rzędem statystów jest pusto. Podobnie jest w wielu ujęciach walk, choć – tu oddaje honor – nie wszystkich. Kuleją nieco także efekty specjalne – po prostu widać, że są, że zwykłe ujęcia łączy się trickowymi (ciągle ta mgła i dymy). Jedyny wizualny plus to odrobiona lekcja z „Szeregowca Ryana” – w decydujących momentach walk nie brakuje krwistych momentów. Cóż jednak z tego, że to są ułamki sekund w całym morzu beznadziei. Cały obraz jest okraszony odpowiednio napuszoną muzyką, która pompuje niemiłosiernie nastrój i to w wielu momentach zupełnie nieadekwatnie do tego co widzimy. Pisanie o obsadzie to jak znęcanie się nad bezbronnymi. Borys Szyc nie miał co grać, a w kilku scenach jak już miał to był chyba puszczony samopas. W efekcie trochę udało mu się nieźle pociągnąć, a trochę po prostu przesadził (spotkanie z Olą w szpitalu). Daniel Olbrychski chyba nie znalazł klucza do postaci Piłsudzkiego – niby coś tam próbuje, ale cały czas jest wrażenie, że to Olbrychski, a nie grana przez niego postać (ach jak brak następcy Janusza Zakrzeńskiego). Bogusław Linda po prostu jest. Aleksandr Domogarow pojawił się na ekranie chyba tylko po znajomości. Najlepiej wypadł we wspomnianej już roli czekisty Adam Ferency. Kiedy kreowany przez niego bohater ginie to aż szkoda. O kobietach w filmach Hoffmana (a raczej nietrafionym ich obsadzaniu) można napisać oddzielną analizę. Może naprawdę reżyser zafascynował się programem „Przebojowa noc”, ale Natasza Urbańska – mimo iż jakoś tam tańczy i śpiewa - aktorką nie jest. I to widać w każdej scenie z jej udziałem. Grażyna Szapołowska dosłownie ją miażdży w króciutkim epizodziku. Nie pozostaje do napisania nic więcej jak stwierdzenie: miało być pięknie, a wyszło jak zawsze… Szkoda, bo temat zasługiwał na porządny film…
Grumpy Old Men Dwaj zgryźliwi tetrycy USA, 1993 Reż. Donald Petrie
Gdzieś w Minnesocie sąsiadami jest dwóch starszych panów: John Gustafson i Max Goldman. Znają się od wczesnej młodości – ale zamiast przyjaźni okazują sobie otwartą wrogość. Uczucie to podsyca nowa sąsiadka - wyzwolona Ariel Truax. Panowie, w przerwach między kolejnymi zimowymi połowami ryb, walczą o względy pięknej kobiety. Gdzieś w tle córka Gustafsona ma dość kłopotów małżeńskich i powoli skłania się do myśli, że młody Goldman to facet wart zainteresowania.
Fugitive Kind Jak ptaki bez gniazd USA, 1960 Reż. Sidney Lumet
Valentine "Snakeskin" Xavier znaczną część swojego 30-letniego życia spędził na koncertowaniu w klubach Nowego Orleanu. Trafia do małego miasteczka i dostaje pracę w lokalnym sklepie. Jego właściciel właśnie wraca ze szpitala i nie jest w stanie pilnować interesu. Przełożoną Xaviera zostaje żona właściciela – Lady, kobieta po przejściach. Wokół bohatera kręci się też uznawana za wariatkę Carol Cutrere. Val będzie musiał dokonać wyboru drogi życiowej.
Film niniejszy jest ekranową adaptacją sztuki klasyka Tennessee Williama (tego samego od „Tramwaju zwanego pożądaniem”). Jak to u klasyków bywa – mimo iż lata mijają, tematy przez nich podejmowane są nadal aktualne. Tutaj motywem przewodnim jest samotność bohaterów. Oczywiście samotnym jest Valentine – jak to z muzykami bywa: nie ma domu, rodziny, stałej pracy. Jego życie toczyło się do tej pory od imprezy do imprezy, od koncertu do koncertu. Jednak bohater osiąga wiek, w którym taka nieustająca balanga zaczyna nużyć i pragnie choć trochę stabilizacji. Trafia jednak do miasteczka gdzieś na południu Stanów. Trudno uznać to za miejsce specjalnie otwarte na obcych i tolerancyjne wobec różnej maści „odszczepieńców”. Tu zawsze będzie tym podejrzanym i człowiekiem z zewnątrz, a więc zagrożeniem. Osamotniona jest także Carol Cutrere, która nie znajduje u lokalnej społeczności zrozumienia dla swojego pragnienia swobody. W efekcie jest traktowana jak – co prawda nieszkodliwa – ale trędowata, z którą strach się zadawać. Rodzina za wszelką cenę chce się jej pozbyć – im dalej tym lepiej. Carol bardzo pragnie zobaczyć bratnią duszę w Valu, ale on jej wizję siebie odrzuca. Prawdziwą główną bohaterką i najbardziej osamotnioną osobą w tym filmie jest jednak Lady. Ostatnią osobą, z którą łączyło ją uczucie był ojciec, który zginął w pożarze winnicy. Lady dobrze wie, że jego śmierć była spowodowana przez mieszkańców miasteczka – bardzo trudno jest jej więc żyć między nimi. Uwięziona w małżeństwie z człowiekiem, którego nie kocha – na swój sposób próbuje się odegrać na wszystkich. Stawia na swoim, choćby to miało być coś tak błahego jak otwarcie kawiarenki na tyłach sklepu. Samotność popycha ją także do romansu z Valem, choć ten czyn wydaje się być na równi efektem jej poszukiwania uczuć, co spełnieniem się „oczekiwań” lokalnej społeczności i jej męża. Jednak mimo pozornej bliskości: Lady i Val są dla siebie zupełnie obcy, cały czas się zaskakując (właściwie „in minus”). I tak oto galeria tych samotnych postaci szarpie się z życiem i próbuje zrobić coś na przekór obezwładniającego ich przeznaczenia. Jak można się domyślać – w każdym przypadku będzie to bardzo trudna batalia. Mimo iż rysunek postaci i ich problemów jest bardzo dobry, to w scenariuszu nie uniknięto dziur i niedomówień (być może wynikały one z cenzury). Nie zrozumiałem np. o co chodziło z wątkiem „wizyjnym” żony szeryfa i dlaczego ów stróż prawa mało subtelnie wypraszał Vala z miasta. Zresztą nie jestem przekonany, czy taki człowiek jak Val tak łatwo poddałby się tak nudnej pracy jak sprzedawca w małym miasteczku. Trzeci wymiar postaciom nadają świetni odtwórcy ról. Najważniejszym nazwiskiem wydaje się Marlon Brando. I faktycznie cały film jest jakby robiony „pod niego”. Aktor zagrał tu przekonująco i ma kapitalne sceny, ale widać też kilka jego „markowych” zagrań. Nieźle wypadła także Joanne Woodward – jej postać jest wyjątkowo irytująca i ona się nie bała jej tak właśnie przedstawiać. Prawdziwą królową ekranu jest jednak Anna Magnani. Lady w jej interpretacji jest przejmująca, silna i zagubiona jednocześnie. Ciekawostką jest to, że Magnani niespecjalnie posługiwała się angielskim i znaczną część tekstu wyuczyła się po prostu fonetycznie. Jakkolwiek – efekt jest świetny i porównywalny do świetnej kreacji z „Mamma Roma”. Film niniejszy można śmiało zaliczyć do klasyki i polecać nie tylko fanom Brando. Może czasy się zmieniły, ale problemy bohaterów nadal zasmucają i pozostają aktualne.
Ali Alavi nie ma lekko w życiu. Ciągnie się za nim cień pobytu w więzieniu – nikt nie chce mu dać lepszej pracy niż nocny stróż w fabryce samochodów. W związku z tym nie może poświęcać rodzinie: żonie i córce tyle czasu ile by chciał. Jedyną pasją Aliego są samotne wyprawy na polowania. Po powrocie z takiego wypadu bohater dowiaduje się, iż jego żona zginęła przypadkiem podczas demonstracji. Ali ma nadzieję, iż choć córce udało się przeżyć i próbuję ją odnaleźć.
Cechy filmu
Zalety
Wady
- hipnotyczny rytm opowieści
- minimalna liczba dialogów, zdecydowane operowanie obrazem
- ciekawe, choć proste zestawienia: miasto-przyroda, fabryka-dom, ospały bohater-żywotny kotek (w scenie u rodziców)
- wyalienowany bohater, który jest właściwie w każdej sytuacji (może poza jedną) bezsilny
- fajne samochody i nieźle zrealizowane pościgi
- daleka od banału końcówka
- brak epatowania specyfiką kulturową (swoisty uniwersalizm opowieści)
- film jest właściwie one man show w wykonaniu Rafiego Pittsa (odpowiadał za scenariusz, reżyserię i zagrał główną rolę)
- o ile zestawienia miasto-przyroda i epatowanie zdehumanizowaną atmosferą miasta jest fajne na początku, z czasem staje się nieco nudne i powtarzalne
- karanie policjantów przez Aliego jest nieco irracjonalne
- Ali wydaje się na początku nawet zbyt wyalienowany (jakby na rodzinie zależało mu tak sobie)
- policja, jak chce, okazuje się niesamowicie wręcz sprawna, pod koniec Ali wydaje się być pod niemal nieustanna obserwacją
- ograny motyw dobry-zły policjant
Widzowie
Zachwyceni
Znudzeni
Wielbiciele filmów z nieco wyalienowanym, ale zdecydowanym bohaterem, oraz wszyscy, którzy dadzą się zahipnotyzować fajnymi zdjęciami
Widzowie, których nie będzie przekonywać początkowa bezradność bohatera, albo usypiać zbyt długie ujęcia miasta
Shame Wstyd Wielka Brytania, 2011 Reż. Steve McQueen
Brandon Sullivan to taki ekstremalny przykład współczesnego singla. Żyje sobie w Nowym Yorku, pracuje w korporacji i cieszy się życiem. Tyle, że to ostatnie – tu po postacią niezobowiązującego seksu – przekroczyło już granice zabawy czy sportu i weszło w stadium uzależnienia. Brandon zasadniczo nic innego nie robi tylko szuka podniet. W tym jednostajnym życiu przeszkadza mu nieco siostra, która pojawia się nagle w jego mieszkaniu.
Debiut Steve’ego McQueena „Głód” dawał nieźle do myślenia, choć jego forma była raczej nieprzystępna dla zwykłego widza. Opór mogło też budzić to co wyprawiał tam ze swoim ciałem Michael Fassbender. Niestety, druga kooperacja obu panów, mimo estetycznych szlifów i nieco kontrowersyjnego tematu, nie dorównuje poprzedniemu tytułowi. W jakimś sensie „Wstyd” nawiązuje do lat 80 i etosu rozbuchanego pracownika Wall Street. Życiem Brandona jest (a właściwie była, bo nie widzimy, aby w godzinach roboczych się specjalnie wysilał) praca. Poza tym interesuje się chyba tylko muzyką (i to też raczej pobieżnie) oraz dostarczaniem sobie przyjemności. Ot taki hedonizm w postaci niemal czystej. Rozumiem, że uzależnienie od seksu to motyw z jednej strony niezwykle nośny, a z drugiej – kontrowersyjny bo mało kto wierzy, że można być od TEGO uzależnionym i się do tego przyznaje. Twórcy jednak nie bardzo wiedzieli co z tym fantem zrobić. W efekcie na ekranie wyszło tak, że Brandon zamiast seksu mógłby być uzależniony od czegokolwiek innego. Tyle, że narkomanów na ekranie już trochę było, a seksoholików jakby mniej. Mamy więc Brandona, który myśli (albo „myśli” zupełnie inną częścią ciała niż mózg) tylko o tym, jakby zaliczyć kolejną dziewczynę i jego przeciwstawieństwo – siostrę Sissy. Gdy ona się tak niespodziewanie pojawia w życiu bohatera, staje się w jakimś sensie obiektem sacrum, żywym wspomnieniem dawnych (dobrych) lat. Wszystko w koło wydaje się więc profanum – splugawionym, nie wartym zaangażowania. Do tego Sissy wydaje się być po ludzku zakochana w jakimś chłopaku, który z niewyjaśnionych przyczyn jednak nie chce jej znać. Jest to dla Brandona kolejna „widokówka” z dawnych normalnych czasów. W jakimś sensie chwilą pierwszego otrzeźwienia bohatera jest scena przygodnego seksu Sissy z szefem Brandona. Nagle bohater nie kontroluje sytuacji, nie ma wpływu na przyjemność – a wręcz odwrotnie: to co mu z reguły pozwalało się oderwać od rzeczywistości, teraz powoduje mentalny ból i bezradność (wszak dobrze wie, że szef jest żonaty i traktuje Sissy jako przelotną zdobycz). Bohater zostaje wytrącony z dotychczasowej równowagi i już nie może do niej wrócić. Nie pomaga próba wypędzenia Sissy z domu, całkowitego zatracenia się w najbardziej plugawym seksie. Nieudana randka z koleżanką z pracy tylko uzmysławia mu jak daleko jest bezradny wobec „zwykłego” związku. Zastanawia tylko posępny koniec w wykonaniu Sissy – jej akt pojawia się zupełnie bez zapowiedzi i tak trochę nie ma umocowania w fabule. Cóż jednak z tego, iż opowieść jakoś tam jest podbudowana symbolicznie i nie mamy wrażenia, że oglądamy tylko i wyłącznie festiwal podbojów seksualnych. Brandona trudno polubić, czy choćby mu współczuć. Wszak to jak żyje to jego wybór. Co więcej – o ile samo uzależnienie jest wyniszczające, tak sam bohater nie robi zasadniczo nikomu krzywdy. Nie ma przecież żony lub dzieci, które by krzywdził swoim zatraceniem. A jak z bohaterem trudno jest sympatyzować to i trudno specjalnie przejmować się jego upadkiem czy też otrzeźwieniem. Fakt, że mamy tu kilka niezły scen, w których mimo wszystko aktorzy mieli co zagrać (choćby rozmowa Brandona z Sissy podczas seansu kreskówek). Ogólnie jednak oglądamy jak postacie snują się w kadrach bez specjalnych emocji. Wokół filmu zrobiło się wiele szumu, ale gdy to medialne zainteresowanie minie, niewiele ze „Wstydu” zostanie. Według mnie tytuł ten można polecać wyłącznie fankom Michaela Fassbendera (często gęsto pokazywanego w pełnej krasie). Reszta widzów może poczuć się w najlepszym przypadku znudzona, a nawet może i zniesmaczona.